matching tracksuits

fun in threes, sometimes fours

Wodne

Tuesday 12 July 2005

Nie mamy jeszcze rowerów ale próbujemy utrzymać formę. Staramy się codziennie pływać. W niewielkim kompleksie kondominiów, gdzie mieszkają rodzice Garego, jest niewielki basen do dyspozycji mieszkańców. Nie jest duży, ok. 10 m długości. Dla mnie wystarczy, pływam dookoła aż do utraty tchu. Gary mówi na niego duża wanna, ale on to trochę inna klasa pływania. Te jego motylki, „flipy” i „flapy” faktycznie mają tam trochę ciasno.

W ostatnią niedzielę mieliśmy prawdziwą ucztę wodną. Przyjaciele rodziców mają ogromną łódź, właściwie takie małe mieszkanie na wodzie. Prócz tego motorówkę i mnóstwo różnych zabawek do uprawiania sportów wodnych. W trzy rodziny zapakowaliśmy się na łódź w niedzielę po obiedzie. Znaleźliśmy spokojną zatokę, gdzie nie było ludzi i „zarzuciliśmy kotwicę” (czyt. przywiązaliśmy łódź do drzewa). To było istne szaleństwo. Gary wreszcie miał tyle wody, ile lubi, ja odważyłam się zjeżdżać z górnego pokładu na główkę do wody, no i najważniejsze, po raz pierwszy w życiu jeździłam na nartach wodnych. Niesamowite przeżycie, ale bardzo wyczerpujące, dziś jeszcze czuję bóle mięśni, a nie jeździłam dłużej jak 10-15 minut. Najpierw miałam okazję oglądać wyczyny Aleksandra, syna właścicieli. On jeździ na desce i robi rozmaite akrobacje, już prawie wychodzi mu obrót o 180 st. Później Gary założył narty, podobno łatwiej się na nich jeździ niż na desce.

Bacznie obserwowałam, jak wygląda start na dwóch deskach, to poderwanie się z wody wydawało mi się najtrudniejsze. Ellen, która była wcześniej instruktorką, udzieliła mi krótkich wskazówek, jak należy zachowywać się w wodzie. Wskoczyłam do wody, wrzucili mi narty, krótka szamotanina, żeby je założyć, lina już leżała obok mnie i wszyscy czekali, aż przyjmę właściwą pozycję. Siedziałam skulona w wodzie, kolana pod brodą, ręce wyprostowane, czubki nart wystają z przodu z wody. Jak już byłam gotowa, to lekko drżącym głosem cicho powiedziałam „hit it” — usłyszeli i motorówka ruszyła. Wstałam za pierwszym razem. Podobno udaje się to 10% początkujących, czyli nie jest z moją formą i koordynacją tak źle. Najtrudniejsze dla mnie były jednak zakręty. Jak łódka zaczynała skręcać, moja naturalna obrona było podciągnięcie się na linie, wtedy od razu lądowałam w wodzie i cały start zaczynał się od początku. Niesamowity sport, ale tak jak mówiłam, niewyobrażalnie wyczerpujący. Po kilkunastu minutach miałam ręce i nogi jak z waty, a mięśnie bolą mnie do dzisiaj. Nie mam niestety zdjęć, Gary robił zdjęcia analogowym, więc musimy poczekać, aż skończymy film.

2 Comments

  1. No to niezle wam tam idzie. Widze Kinga ze Stany szturmem podbijasz. Na wodzie sprobuj jeszcze na detce za motorowka pojezdzic. To jest dopiero frajda. Wtedy zakrety sa genialne. U nas wszystko po staremu. W ta sobote impreza imieninowa no i rocznicowa (Kaski i Piotka). Troche Skalniakow ma byc. Czekam jak na ratunek na urlop w sierpniu. Wybieramy sie do niemiec nad jez. bodenskie a potem do kolonii na zjazd mlodziezy, no bo ciagle jestes mlodzi ….

    Pozdrowionka prosto z Krakowa

    Anka

    Ps. Na imprezie u Was supcio bylo. Marysia i Andrzej cala droge do domu spiewali w samochodzie …

  2. Kingus, jestem z Ciebie dumna!:) woda to moj zywiol, kiedys bardzo chcialam zamieszkac na barce (byl taki serial w tv;))) dzis tez bym sprobowala takiego zycia ale na 100% nie ustalabym na tych nartach, na bank hehehe. moze poprobuje w tym roku motorowki (znajomy zrobil patent sternika na sprzet motorowodny(?)) ale w ogole to kajak i zagle…wiesz ciche, romantyczne hehe – moje pelasiowe;)